Dyskusja po moim wczorajszym wykładzie zainspirowała mnie do kolejnego wpisu. Tym razem będzie znowu o ChatGPT a w zasadzie dziś różnych jemu podobnych narzędziach czyli o GAI (Genarative Artificial Intelligence). Jak to u mnie bywa i jest będzie storytelling i zacznę od opowiedzenia pewnej historii. Ale najpierw krótkie oświadczenie – w tym jak to się mówi temacie jestem także samoukiem. A dziś większym stopniu prywatnym niż instytucjonalnym, służbowym. Moje zainteresowanie tą tematyką zaczęło się od procesu składania wniosku o grant IDUB – Nowoczesna Edukacja: Wyzwania. Jednym z planowanych zadań projektu była kwestia wykorzystania GAI i ChatGPT w edukacji. Projekt zakończył się we wrześniu ubiegłego roku. Dziś tą tematyką interesuję się zupełnie prywatnie. I jestem zdecydowanym samoukiem…
Spisuję doświadczenia z warsztatów dla pracowników wydziału, jakie prowadziłem w czerwcu ubiegłego roku. Tak jak w przypadku wyszukiwania informacji bardzo wiele zależy od wpisania „słów kluczowych” tu najważniejszy jest odpowiedni prompt. W ramach ćwiczeń poprosiłem o wpisanie promptu z prośbą o wyjaśnienie pewnych „przedmiotowych” zagadnień. Pamiętam, że poległ z kretesem na mostku termicznym i pełzaniu. Piszę o tym, bo to kolejny krok po Wujku Google. Nie uczę się, jak będę czegoś potrzebował Wujek Google znajdzie. Znajdzie albo nie. A jak znajdzie to dziś są to coraz częściej generowane przez GAI. Dziś studenci coraz częściej twierdzą, że w uczeniu się pomoże GAI. (Ekstrema uważa, że uczenie się nie ma sensu, bo GAI wszystko wie…) No to będziemy mieli sytuacje, gdy student się źle nauczy, bo GAI zaserwuje mu halucynacje.
Z tego roku mam dwa osobiste przykłady. Pierwszy dotyczy sporu prawnego z ZUS, który nie naliczył mi części waloryzacji subkonta. Ponieważ nikt nie był mi w stanie wyjaśnić dlaczego tak się stało oddałem sprawę do sądu. Zapytałem się GAI o podstawę prawną. W uzyskanej odpowiedzi było powołanie się na nie istniejące paragrafy i punkty ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. Ponieważ z „tym czymś” można pogadać oczywiście poinformowałem „rozmówcę”, że to są nie istniejące paragrafy i punkty. Co było w odpowiedzi – prawo się zmienia… Jakbym słuchał polityka!
Drugi przykład dotyczy sfery naukowej. Opowiadałem o tym, że przygotowuję publikację o wiarygodności studenckich ocen prowadzących i zajęć. Poprosiłem GAI o ustalenie kiedy powstała pierwsza publikacja na ten temat. Otrzymałem pełną informację: autor, tytuł, czasopismo, rok, wolumin, strony. Akurat było tak, że istnieje amerykańska baza, gdzie są zindeksowane wszystkie roczniki tego czasopisma. W całym roczniku nie było tego artykułu. Gdy zaprotestowałem GAI sprytnie stwierdziło, że to było tak dawno, że mogą pojawiać się błędy.
Znane mi są artykuły opisujące jak GAI pomaga w badaniach na przykład w obszarze fizyki. Ale są to na sto procent specjalnie trenowane modele. Nie darmowe cudaki wystawiane dla suwerena. To wszystko co jest dostępne za darmo sprawdza się znakomicie wtedy, gdy my, ludzie wszystko wiemy i potrafimy wyłapać błędy i je naprawić! Dlatego powtórzę – trzeba zachować rewolucyjną czujność, gdyż studenci na bank będę korzystać z tych narzędzi. I często uczyć się głupot…
Tyle jeśli chodzi o mój na dziś krytyczny stosunek do ogólnodostępnych nieodpłatnych modeli językowych. Super zabawka, która może niestety sporo narozrabiać…